wtorek, 24 grudnia 2013

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!



Wszystkim znajomym i nieznajomym życzę zdrowych, radosnych, pogodnych świąt. Spędzonych w rodzinnym gronie, bez zmartwień i nerwów w spokojnej atmosferze.A  zapracowanym istotkom dużo odpoczynku i relaksu. :)



Pomyślmy ciepło w tym czasie o tych, którzy odeszli.

wtorek, 17 grudnia 2013

Spontan.

Lubię czasem zrobić coś spontanicznego, tak jak dziś. Miałam iść rano na zajęcia, a prosto po nich jechać do Wrocławia na USG. Wyszło troszkę inaczej, bo zrobiłam sobie wagary i zamiast na wykład poleciałam od razu na pociąg.
Odwiedziłam klinikę przy Bujwida, spotkałam kolegę z oddziału, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. To naprawdę mądry chłopak, i w dodatku bardzo dzielny. Zaczęliśmy się leczyć w tym samym czasie, ale On nie miał tyle szczęścia co ja i musiał zmierzyć się z nawrotem. Wszystko poszło dobrze i oby było jeszcze lepiej.
W końcu zobaczyłam się z Ulubioną Doktor, bo już 4 razy minęłyśmy się, gdy byłam w klinice. Jest to pozytywna osoba, aż mi się szkoda zrobiło że już nie kontroluję się tam, tylko w DCO. To fajne uczucie, gdy lekarz interesuje się losem swoich byłych pacjentów i cieszy się ich szczęściem. Miło wspominam Ulubioną Doktor, w czasie leczenia  mogłam liczyć na jej wsparcie i pomoc. Ogólnie niemal cały personel kliniki darzę dużą sympatią i jestem wdzięczna za wszystko.
USG wyszło dobrze, nie ma nic niepokojącego w moim brzucholu. Namęczyłam się troszkę bo badanie miałam o 14.10, i nic nie mogłam jeść ani pić od rana.

Jakiś czas temu pisałam o problemie z włosami. Przez 2 tygodnie piłam pokrzywę, teraz jakoś zaprzestałam, muszę znów zacząć. Wcieram odżywkę Jantar bursztynową, podcięłam końcówki, nie prostuję. Mam  nadzieję, że dojdą do siebie. Tak bardzo kusi mnie pofarbowanie się znów na rudo:)

niedziela, 15 grudnia 2013

DCO

W piątek byłam na wizycie kontrolnej w DCO. Tym razem była Kochana Laryngolog. Wiem, że się powtarzam, ale to naprawdę cudowna kobieta. . Nigdy  nie zostawiła mnie samej z jakimś problemem. W dodatku potrafi rozmawiać jak z człowiekiem, nie tylko jak z pacjentem-zadając książkowe pytania(jak się czujesz? czy coś boli?itp.). Od razu zapytała jak na studiach, pamiętała nawet że zaczęłam robić prawo jazdy. Gdy powiedziałam o zaręczynach, Pani Doktor nie ukrywała zadowolenia:)
Moja onkolog  z DCO wysłała mnie jeszcze na RTG płuc, wszystko w porządku. Udało mi się jeszcze załatwić USG brzucha na wtorek, więc znów czeka mnie wycieczka. Kolejna wizyta dopiero za pół roku, może już będę cały czas jeździła co 6 a nie co 3 miesiące...
Miałam zamiar pojechać do Kliniki przy Bujwida, ale zabrakło czasu, poza tym mojej Ulubionej Doktor nie było-jak zwykle gdy jestem we Wrocławiu.

Ostatni tydzień szkoły, i przerwa świąteczna. Paulinka oczywiście zamiast odpoczywać ma masę nauki. Od razu po nowym roku zaczynają się kolokwia i to duuuże.

niedziela, 8 grudnia 2013

Endoskopia.

Ciężka była dla mnie ta wizyta. Rano zanim pojechałam leciała mi krew z nosa-a to nie jest dobry znak. Opętały mnie jakieś czarne myśli. Siedząc na poczekalni przez głowę przeleciał mi kilka razy pomysł, żeby wyjść i jechać do domu. Tak się bałam. W Medicusie poczekalnia jest przesycona zielonym kolorem, zielone ściany, krzesła i inne dodatki. Zielony to kolor nadziei, a moja nadzieja w to że jest dobrze, wtedy wyparowała. Gdy weszłam do gabinetu i usiadłam na fotel do badania, zaszkliły mi się oczy. Chciało mi się tak ryczeć, ale się powstrzymałam. Dzięki Pani Doktor, która jak zawsze wykazała  się profesjonalizmem badanie przebiegło bez problemów i nadzwyczajnie szybko. Okazało się, że moje obawy były zbędne-wszystko w porządku, nawet lepiej niż ostatnio. Nie wiem, skąd wziął się wtedy u mnie ten atak paniki. Czasami ten strach mnie przerasta, ciągle się stresuję, boję, martwię każdym bólem. Nie mogę wyładować z siebie tych nerwów i obaw, często odreagowuję na moich bliskich. Jak już zbliżają się jakieś badania albo odbiór wyników, jestem kłębkiem nerwów. Minęły już cztery lata, myślałam że z biegiem czasu ten niepokój się zmniejszy. A jest odwrotnie. Boję się coraz bardziej. Bo jest tak dobrze, że nie zniosłabym tego, gdyby to teraz zostało zniszczone. A gdyby rak wrócił, zniszczył by wszystko co do tej pory osiągnęłam.

W piątek jeszcze DCO, mam nadzieję, że wyzdrowieję. Dopadło mnie przeziębienie.

środa, 4 grudnia 2013

Im bliżej, tym gorzej...

Mój luz i pozytywne nastawienie do jutrzejszej endoskopii wyparowało...Boję się coraz bardziej.
W dodatku trzęsę się cała. Gorąca herbatka z cytryną i ciepły koc nie pomaga.
Oby przetrwać jutrzejszy dzień, oby się zakończył uśmiechem na twarzy. Trzymajcie kciuki. Boję się.

niedziela, 1 grudnia 2013

4 lata.

Adaś...
Wczoraj minęły 4 lata. Nie mogę pogodzić się z tym, że ja od czterech lat jestem wyleczona, a Ciebie od czterech lat nie ma. Nie tak miało być. Miałeś tyle planów, tyle wiary i nadziei. I tyle optymizmu, że starczyło Ci go na tyle, by mnie nim zarazić. Pamiętam jak pocieszałeś mnie i dawałeś pozytywną dawkę energii, gdy miałam jakieś zawahania.
Kiedy ten czas zleciał? Wydaje mi się, że wrzesień 2009 był tak niedawno. Wtedy się poznaliśmy. Pamiętam dokładnie nasze seanse filmowe na sali nr 5, i to jak ciągle wyganialiśmy mamuśki na zakupy, żebyśmy mogli na luzie pogadać. Twój ciepły uśmiech i piękne brązowe oczy, choć zmęczone to pełne nadziei.


wtorek, 26 listopada 2013

Badania.

W końcu się zmobilizowałam i zarejestrowałam się na endoskopię. Na 5. grudnia. 14:40. Nadejdzie chwila prawdy. Drogi jak zwykle są dwie-albo wyjdę tak szczęśliwa, że jest wszystko dobrze i z tego pozytywnego zakręcenia znów zabłądzę, albo...albo nic. Biorę pod uwagę tylko ten pierwszy wariant.
W czwartek zadzwonię do DCO, może uda mi się jeszcze przed świętami załatwić kontrolę.

 Jutro mijają 4 lata od odejścia Babci... Zmarła w dzień swoich urodzin. Tak bym chciała jechać do niej jutro z kwiatami, a nie stawiać te kwiaty na pomniku...

piątek, 22 listopada 2013

...

Tyle dzieciątek odeszło w ostatnim czasie-Ola, Martynka, Filipek...Coś okropnego. Nie będę się doszukiwała w tym sensu, że Bóg tak chciał, że zabiera najlepszych...Nie. Tak być nie powinno, i nigdy tego sobie nie wytłumaczę.
Osoby, którym się udało wyjść z takiej choroby-mamy dużo szczęścia, naprawdę.Coraz bardziej to do mnie dociera, że mimo tego cierpienia, jestem szczęściarą. Wyszłam z tego. Kiedyś jak przeczytałam ile mogłam mieć powikłań po leczeniu, i jak zobaczyłam co rak nosogardła zrobił z innymi osobami...ogarnęły mnie takie mieszane uczucia. Myślałam wtedy, że co to byłoby za życie, gdybym np. nie mówiła, lub miała taką rurkę w krtani, jaką widziałam w DCO u pewnego Pana (nie wiem dokładnie jak to się nazywa, kojarzy mi się nazwa tracheotomia). Myślałam, ze nie poradziłabym sobie nawet  z tak banalną sytuacją, gdyby w naświetlanych miejscach nie odrosły mi włosy, bo była przecież taka możliwość.
Dzisiaj sądzę, że nawet gdyby wystąpiły jakieś widoczne skutki leczenia, to cieszyłabym się tym, co jest. Tym, że żyję, że może mnie jeszcze tak dużo spotkać, że mogę cieszyć się młodością i doczekać starości.
Nie cieszę się, że miałam raka, ale cieszę się że z nim wygrałam.
___________________________________________________________________________________

Muszę w końcu zarejestrować się na endoskopię. Już dawno jej nie miałam, i nie płakałabym gdybym już nie musiała jej robić. Mimo, że Pani Doktor świetna, badanie do przyjemnych nie należy. I ten stres...
No nic, trzeba podnieść głowę i iść naprzód. 


piątek, 1 listopada 2013

Święto Zmarłych.

Wolałabym, żeby wielu osób nie dotyczyło to święto. Wolałabym ich przytulić, niż palić świeczkę na cmentarzu.
Stojąc przy grobie Babci, nawet nie docierały do mnie słowa księdza, który prowadził mszę. Byłam myślami w czasach kiedy Babcia żyła. Kiedy mnie przytulała, zawsze stawała po mojej stronie, piekła dla mnie najlepsze na świecie racuszki, i bardzo mnie kochała. Nie znoszę widoku pomnika z wyrytym jej imieniem i nazwiskiem. Ten widok dobitnie mi przypomina, że Babcia mnie już nie pogłaszcze po głowie i nie powie do mnie "Pampusiu".  Jeszcze nie tak dawno chodziłyśmy w to miejsce razem, do Dziadka. Po mszy szliśmy do Babci, i siedzieliśmy z nią do wieczora. Od trzech lat prosto cmentarza jadę do domu. Nie mam do kogo pójść.

Myślałam dużo o wszystkich, którzy odeszli. Z roku na rok tych osób przybywa. To ciężkie.
Pewna osoba kiedyś mi powiedziała, że z biegiem czasu przestanę rozmyślać o towarzyszach ze szpitala, którzy zmarli. Nie przestałam. Oni nadal są w moim sercu. Bo jak można zapomnieć wesołe mimo bólu piękne oczy Adasia, tuptającego do mojej sali Dawidka, roześmianą Asię, czy pozytywnie zakręconą Anię? 
Nie można. Pamiętam o wszystkich.

Wiem, że nie każdy lubi się modlić i że nie każdy to robi. Ale pomyślmy chociaż o Nich, uśmiechnijmy się na wspomnienie naszych bliskich. Ja tak robię, i nie tylko dziś.

czwartek, 24 października 2013

...

Zostałam wciągnięta w szkolny wir pracy. Mimo, że to początek- jest już sporo do zrobienia i załatwienia.
Z jednej strony to męczące, a z drugiej trochę lubię mieć dużo na głowie, bo mam wtedy mało czasu na myślenie o niepotrzebnych rzeczach (czytaj:o nawrotach, rakach, badaniach, itp.).
Przyłapałam się na tym, że coraz rzadziej przelatują przez moją głowę myśli o czarnych scenariuszach dotyczących mojego zdrowia. Czasem wystarczył lekki ból, cięższy oddech, dziwne samopoczucie, i wariowałam.Teraz troszkę się uspokoiłam. Może coraz mniej boję się, że TO wróci?
Jakoś staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że coś może być nie tak. Choć wiadomo, że ten strach i tak gdzieś głęboko jeszcze we mnie jednak siedzi.
Chciałabym dostać dożywotnią gwarancję, że wszystko będzie dobrze, że żadne paskudztwo już mnie nie zaatakuje. A najlepiej, że nikogo innego również nie dotknie. O tak, pięknie by było. Gdyby bajkowe złote rybki naprawdę istniały, i  spełniały życzenia, poprosiłabym właśnie o to.

Nie mogę się otrząsnąć po odejściu Oli. Jak wracam z uczelni i przechodzę przez rynek w Legnicy, przypominam sobie, ze tam miałyśmy się spotkać. Wyrzucam sobie, że mogłam jakoś wcześniej to zorganizować, zdążyłybyśmy się poznać...


Ostatnio mam problem z włosami. Lecą garściami. Miałam bardzo gęste, a teraz zrobiły się z nich rzadkie piórka. Ma ktoś jakiś sprawdzony sposób? Nie chcę znów wyłysieć. A jak tak dalej będzie to tak się stanie.

Przez całe liceum byłam zwolniona z ćwiczeń na WF-ie. Kto by pomyśłał, że na studiach przyjdzie mi w nich uczestniczyć, i to czynnie! W dodatku na siłowni. Co tydzień po 1,5 godz. Moc i siła musi być:)

Od połowy listopada zaczynam praktyki w przedszkolu:)



wtorek, 1 października 2013

...

Przeczytałam, że zmarła Ola...Nie wierzę, trzymałam kciuki do samego końca, kilka razy dziennie wchodziłam na jej bloga, żeby sprawdzać co u Niej...Przecież jeszcze kilka tygodni temu pisałyśmy, miałyśmy się spotkać w Legnicy...Taka mądra dziewczyna, chociaż  o kilka lat młodsza ode mnie, pisząc z Nią czułam się jakbym pisała z rówieśniczką. Ona miała wielką chęć życia, pokonania tej paskudnej choroby...Za każdym razem, gdy ktoś odchodzi bardzo to przeżywam, płaczę po cichu i zastanawiam się dlaczego ten wielce wspaniały Bóg pozwala na to.
Zaczęła się jesień, niedługo minie kolejny rok od odejścia tylu bliskich mi osób. Dawidek, Adaś, Babcia...
Jesień w 2009 roku była bardzo przykra. Choć wtedy zakończył się mój pobyt w szpitalu, nie potrafiłam się z niego w pełni cieszyć, bo co jakiś czas dowiadywałam się o  czyjejś śmierci. Chociaż mama próbowała jakoś to przede mną zatajać i przygotowywać mnie na te wiadomości, zawsze wyczuwałam, że coś się stało i płakałam jeszcze bardziej. W ten weekend nawet o Nich wspominałam Mojemu M., że Adaś byłby teraz studentem, Dawidek przedszkolakiem.
To niesprawiedliwe, oni wszyscy powinni tu być i cieszyć się życiem!

wtorek, 10 września 2013

P.

Byłam u Piotrka, u chłopca, który zmaga się z tym samym paskudztwem co ja. Napisałam do niego jakiś czas temu, i postanowiłam że go odwiedzę w klinice. Chciałam mu się pokazać-żywy dowód na to, że da się wygrać. Ma inne leczenie niż ja, a także inne stadium.. Zachorował w wieku 12 lat, jeszcze młodszy ode mnie.Trzyma się chłopak, daje sobie radę. Widać, że mu ciężko, ale tego typu choroby i ich leczenie nigdy nie są łatwe.
Starałam się nie dać po sobie poznać, ale gdy Go zobaczyłam wróciły wspomnienia. Ścisnęło mnie trochę w gardle na widok spalonej skóry na szyi, pompy z kroplówkami, łysej głowy. Przechodziłam dokładnie to samo, wiem jaki to dyskomfort, ból, strach, niepokój, żal. Czułam się jakby to było wczoraj, a przecież to już 4 lata.
 Tak bym chciała żeby mu się udało. Wierzę w to z całych sił. Tak będzie, nie biorę innej opcji pod uwagę, poza tym Piotrek zapowiedział, że kiedyś musimy wypić razem piwo:)

Musi zacisnąć żeby i przetrwać wszystko.
Trzymajcie kciuki!

piątek, 16 sierpnia 2013

DCO-wynik rezonansu.

Wszystko jest git:)!

Tak się stresowałam, wynik był już początkiem lipca, tyle czasu czekałam żeby go poznać. Na poczekalni siedziałam jak na szpilkach. Zazwyczaj wszystko jest zgodnie z planem, wchodzę o tej godzinie na którą jestem umówiona. Dziś jak na złość weszłam z 40-minutowym opóźnieniem. Jak usłyszałam, że  nie ma żadnych cech wznowy poczułam taką ulgę, jakby ktoś zdjął ze mnie stukilogramowy ciężar.
Niezadowolona byłam z braku wizyty u Kochanej Laryngolog, jest na urlopie. Uwielbiam do niej chodzić, szczególnie gdy mam dobre wyniki badań, bo cieszy się razem ze mną.

Kolejna kontrola za 3 miesiące, w tym czasie muszę zrobić endoskopię.
Silna kurde jestem, 4 lata od zakończenia leczenia minęły a ja się trzymam!

czwartek, 25 lipca 2013

Morze.

Od zeszłej środy do wczoraj smażyłam się  nad morzem, w Dziwnówku. Wypoczęłam, opaliłam się trochę- nie jestem już biała jak córka młynarza. Pooddychałam tym cudownym powietrzem, pospacerowałam brzegiem morza, pokąpałam się, i te wieczory przy zachodzie słońca... Krótko mówiąc-było świetnie.

Na kontrolę do DCO zarejestrowana jestem dopiero na 16. sierpnia, nie ma miejsc...Dopiero wtedy dowiem się co wyszło w rezonansie. Chyba się wścieknę przez tą niewiedzę jaki jest wynik.





poniedziałek, 1 lipca 2013

Wakacje.

Tak czekałam na wakacje, chciałam mieć dużo wolnego czasu. Dziś zdałam sobie sprawę, że tak na prawdę się nudzę, i tęsknię za znajomymi z uczelni. Brakuje mi tych wygłupów, żartów, śmiechów-chichów...
Plusem jest to, że mogę się wyspać, i mój mózg odpoczywa od nauki. Całe szczęście, że zaliczyłam wszystko w pierwszych terminach. Mogę też w końcu czytać to co chcę, a nie to co muszę. Jestem już w połowie "Bez mojej zgody", a na półce czeka "Głos serca".

W klinice leczy się Chłopiec, który tak jak ja zmaga się z rakiem nosogardła. Jest ode mnie młodszy o 8 lat.
Gdy tylko się o Nim dowiedziałam, zapragnęłam kontaktu z nim. Jakoś tak od wewnątrz poczułam, że muszę go poznać, choćby przez internet, i przesłać mu trochę pozytywnych myśli. Jeśli czegoś chcę, to do tego dążę. Zdobyłam jego meila, napisałam kilka rad jak sobie radzić z powikłaniami terapii, i starałam się go wesprzeć. Piszemy do siebie, a jeśli będę w DCO na kontroli, a on będzie w tym czasie w klinice-planuję go odwiedzić. Chcę mu pomóc, chociażby ciepłym słowem.
W klinice z tego co wiem, byłam pierwszą pacjentką z tym raczyskiem, on jest drugim. Ja już odbyłam taką terapię, teraz tamtejsi lekarze wiedzą co zastosować u Chłopca, może akurat korzystają z metod takich jak u mnie? Może moje leczenie na coś się przydało? Tak staram się to wszystko sobie tłumaczyć. 

środa, 26 czerwca 2013

Rezonans.

Byłam na rezonansie. Ostatni miałam rok temu. Sporo czasu, już prawie odwykłam od tego badania. Do tej pory miałam je raz na 3 miesiące, później co pół roku, a teraz taka przerwa.
Długo nie musiałam czekać, by wszystko sobie przypomnieć. Już od wejścia do budynku poczułam znajome stare klimaty- naburmuszeni pacjenci, bo jest ponad godzina opóźnienia, i wszyscy się złoszczą. I ten szpitalny zapach. Wenflon na zgięciu ręki,i siniak po nim. Wszystko jak dawniej.
Układanie mnie na rezonansowym "łóżku", zakładanie megasłuchawek, i zakrywanie mojej facjaty kilkoma pokrywami. Był jakiś nowy Pan, nie znałam go wcześniej, bardzo miły. Dał mi nawet pod kolana poduszkę, żeby wygodniej było leżeć. Gdy już wjechałam w "tubę"- jak ja to nazywam- zdałam sobie sprawę, że znam na pamięć dźwięki ( a raczej stuki i puki) które wydaje maszyna. Wiedziałam jaki nastąpi za chwilę. Głowa mnie po tym bolała jak zwykle. To jest straszny hałas. Za dwa tygodnie trzeba dzwonić po wynik. Czuję już teraz jakiś dziwny lęk.
W sumie dobrze z jednej strony, że było to opóźnienie i musiałam trochę czekać-zdążyłam wyschnąć. Zmokłam i zmarzłam, połamały mi się dwie parasolki. Ja to mam pecha, zawsze gdy jadę do DCO pogoda jest paskudna.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

wtorek, 18 czerwca 2013

Wzięło mnie na wspomnienia...

Po egzaminie. Porażka. Jestem taka wściekła. Jak zwykle trafiłam na trudniejszą grupę. Z tej drugiej znałam odpowiedź na wszystkie pytania, no kurde na wszystkie...
No cóż, w piątek wyniki ale ja się nie łudzę, że to zaliczę. Poprawa dopiero we wrześniu.
W czwartek kolejny cudowny egzamin. Z etyki...

Po tym nieszczęsnym egzaminie nie miałam na nic ochoty. Siadłam przed komputer i przeglądałam różne rzeczy. Starałam się uporządkować zdjęcia, i otworzyłam folder o nazwie "patologia"- ależ miałam pomysł z tą nazwą. A jaka była zawartość folderu? Ja za czasów szpitalnych. Dokładniej- ja leżąca na szpitalnym łóżku na OWN w klinice. W piżamce w misie, w chustce na głowie, chuda jak patyk, z podkrążonymi oczami i szyją wypaloną naświetlaniami. Kolejne zdjęcie- W peruce. Stoję sobie w szpitalnej portierni. Nóżki chude jak u sarenki, spodnie na mnie wiszą jak na wieszaku. I kilkanaście tego typu zdjęć.
Przeglądam dalej. Folder "z kliniki". Skoro już tak  powspominałam jak to było to przejrzę i to. Tu już większość zdjęć mojego autorstwa, pstryknięte po tym jak dostałam lustrzankę. Kadry przedstawiające tak bliskich mi ludzi. Mały Kubuś jak gra na moim laptopie, Asia z pompą do chemii, Remik z kołnierzem na szyi, moja mama z mamą Remika i Adasia, mały Dawidek we wózku, moja Pani Doktor, panie pielęgniarki, Adaś...Wszyscy uśmiechnięci i pełni nadziei. Tylu ludzi, tyle wspomnień...Chociaż to nie był najlepszy czas, to ciągnie mnie do myślenia o tym. Mimo, że nie chcę tego aż tak rozpamiętywać, to gdzieś tam w podświadomości chyba lubię do tego wracać. To znaczy nie do tych przejść, ale do wspomnień o tych osobach. O tych, którzy odeszli, i o tych którym się udało, o ich rodzicach, o lekarzach, o pielęgniarkach, innych pracownikach kliniki. To świetni ludzie, nie zapomnę o nich.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Zmęczenie.

Zmęczenie daje mi nieźle w kość. Wszystko się skumulowało- przeziębienie, nerwy, stres, sesja, zarwane nocki, wczesne wstawanie, ogrom nauki. Baterie mi się wyczerpują.
Ciężki ten semestr. Większość zaliczeń już z głowy, zostały dwa megaduże egzaminy. A ja w nie najlepszej kondycji do nauki, chyba muszę się wybrać do lekarza, bo przeziębienie nie mija, w dodatku kaszel mnie strasznie męczy.Muszę zrobić USG brzucha, bo zbyt często mnie boli, a mało tego- burczy jakbym ciągle była głodna. W przyszłym tygodniu- laboratorium wita, trzeba zrobić kreatyninę, bo 26. mam rezonans w DCO, a do tego wymagany jest ten wynik. Później wizyta w DCO, wypadałoby się też  zarejestrować na endoskopię...i tak w kółko.
Jednak są pewne plusy takiej intensywnej pracy i wiru nauki- nie myślę aż tyle o badaniach, o wznowach, i innych tego typu sprawach.

czwartek, 30 maja 2013

muzykalne przeziębienie.

Wczoraj rozłożył mnie jakiś stan grypopodobny. Leżałam cały dzień plackiem, dziś o wiele lepiej nie jest, pije aspirynę, fervexy, na noc polopirynkę i myślę, że przejdzie. No bo jak to tak? Sesyja tuż, tuż a ja z gorączką w łóżku?
Mimo, że zawzięłam się i postanowiłam robić notatki z biomedyki (o, zgrozo!), przerwałam tę jakże "przyjemną" czynność z braku mocy. Słucham muzyki, trzeba się zrelaksować raz na jakiś czas.
Odświeżam foldery ze starymi przebojami, takie lubię najbardziej. Pamiętam, jak miałam jakieś 10-11 lat w radiu Złote Przeboje często leciał George Michael i jego Careless Whisper.  Od tamtej pory ten utwór zapadł w moją pamięć i lubię go do dziś.
Sinead O'Connor- Nothing Compares U2- też bliskie mej duszy, w listopadzie 2009 słuchałam non stop...
Bon Jovi- jeden z moich ulubionych wokalistów. Ten głos, och i ach:) "Always", " I'll be there for you", "Cryin' ", "Crazy".
Tego słucham jak chce mi się ryczeć "Dont cry" -Guns N'Roses. Tego zespołu jeszcze jedna perełka "Knockin on heaven doors" .
Film, z którego pochodzi ten soundtrack chyba każdy oglądał:) Go Go Dolls- "Iris"
I coś mocniejszego:) Kings of Leon- "Sex on fire", "Use somebody"
Roxette też jest na mojej liście staroci- "Spending my time", "Must have been love"
Cudowne "Here without You"- 3 Doors Down, i prześwietny cover tego.
O! to też lubię "She will be loved"- Maroon 5.
I coś o wszystkich Superdziołchach:) -Reamonn- "Supergirl"
W sam raz do tulenia- Phill Collins- "Against All odds"
Wyciskacz łez, pewnie kojarzona  z filmem "Uwierz w ducha"- "Unchained melody"

Mogłabym tak wymieniać i wymieniać:) A to tylko kilka zagranicznych piosenek, do których lubię wracać. Jest ich o wiele więcej, także polskich.
Lubicie te utwory? Słuchacie czasem?:)

wtorek, 28 maja 2013

Nowy kolor:)

Znów obudził się we mnie pociąg do czerwono-rudo-pomarańczowych włosów i naszło mnie na koloryzację. Miały wyjść bardziej rude,a mają bardziej czerwonawy odcień. Ja tam lubię eksperymenty i mnie się podobają. Zmyją się po jakimś czasie, bo to nie farba tylko szampon koloryzujący do 24 myć.
Jak ten się zmyje, to szukam czegoś w odcieniu pomarańczowym:)!


środa, 22 maja 2013

nieciekawy nastrój...

Pogoda za oknem źle na mnie działa. Tak, to zapewne przez pogodę się  źle czuję. Boli mnie głowa, jestem rozdrażniona. Siedzę i patrzę w okno, na coraz ciemniejsze chmury i drzewa wyginające się od wiatru. A przecież miałam robić notatki, i znów się od tego odrywam...
Za niewiele ponad miesiąc mam rezonans. Mam jakieś dziwne obawy. Już rok nie miałam tego badania, odzwyczaiłam się. Za jakiś czas endoskopię i wizytę w DCO też będę miała może raz do roku. Też się odzwyczaję. A tak na prawdę to chciałabym się odzwyczaić do tych ciągle krążących po głowie rozmyślań-co by było gdyby? i co będzie gdy?
Czasami udaje mi się nie myśleć o TYM nawet kilka dni, ale czasem przyjdzie taki czas, że nie mogę wyrzucić tych myśli.

W maju się wszystko zaczynało. Cztery lata temu byłam już po pierwszej chemii, a może i nawet po drugiej. Po kilkunastu naświetlaniach. Po kilku przepłakanych nocach. Po wielkim bólu i rozczarowaniu.

W niedzielę byłam w lesie na konwaliach. Gdy puścili mnie na 3 dni do domu przed leczeniem, też byłam na konwaliach. W tym samym lesie, a nawet w tym samym miejscu. A później miałam jechać do Wrocławia i przeżywać to wszystko...Ech.
Czy ja nawet w wykonywaniu tak normalnych i przyjemnych czynności muszę sobie wszystko kojarzyć i przypominać?



czwartek, 9 maja 2013

....

Kasztany zakwitły, maturzyści już mają za sobą kilka egzaminów. A ja się zastanawiam kiedy minął ten rok od mojej matury? wciąż pamiętam ten stres i niepewność.
W końcu robi się ciepło, wszystko zakwita i budzi się do życia. Cztery lata temu w maju ze mnie życie uchodziło. W maju dostałam pierwszą chemię, miałam pierwsze naświetlania, pierwsze zabiegi pod narkozą, prawie wszystko było pierwsze i nowe.
Cztery lata. To dużo, czy mało? sama nie wiem. Na pewno za mało, by o tym zapomnieć, ale czy da się zapomnieć? i czy chcę? Z pewnością, niektóre obrazy chciałabym wymazać z pamięci, ale są takie, które pozostaną w niej na zawsze.
Czas tak goni, gdy zachorowałam byłam gimnazjalistką, teraz jestem studentką. Gdy zachorowałam, Ola szła do przedszkola, a w niedziele ma komunię. Patryk był małym chłopcem,a  teraz przerósł mnie o całą głowę.
Ja myślałam, że rak jest wyrokiem, a teraz wstydzę się takiego myślenia. Człowiek strasznie się zmienia. Przez czas,doświadczenia, przeżycia. Zmieniłam się dużo w tym czasie. Widzę te różnice. Gdy całe życie staje przed oczami, i ma się świadomość że może się ono skończyć, na wiele spraw patrzy się inaczej.

Chciałabym, żeby to już nie wróciło, nie teraz gdy już "odżywam".


Weekend majowy spędziłam w Szklarskiej Porębie, wyjazd był jak najbardziej udany, powietrze wspaniałe. Tylko pogoda zawiodła, bo padało. Dopiero w dzień wyjazdu się przejaśniło.


niedziela, 28 kwietnia 2013

Wiosna.

W końcu wiosna. Choć wczoraj i dziś pogoda już nie tak atrakcyjna jak w piątek, gdy było tak ciepło że chodziło się w krótkim rękawku.
Czas tak szybko leci. Znajomi przygotowują się do matury, licealiści szaleją ze strachu. Wydaje mi się, że przeżywałam to samo tak niedawno a to już mija rok.
To, że minęły już 4 lata od wykrycia u  mnie raczyska, to już całkiem kosmos. Jeszcze kilka miesięcy a będą 4 lata od zakończenia leczenia...Ja się pytam kiedy to zleciało? Przecież to było tak niedawno. Na tyle, że potrafię zamknąć oczy i przywołać wszystkie momenty z tamtego czasu.
Dziś przypomniało mi się, jak wyglądała wtedy skóra na mojej szyi. Brrr...dreszcze na całym ciele. Okropnie to wyglądało. Teraz tak sobie myślę ile to miałam szczęścia. Udało mi się z tego wyjść bez jakiegoś wielkiego widocznego szwanku. A mogła mi się choćby nawet i ta szyja nie zagoić przecież, i mogłam mieć taką popaloną skórę, którą musiałabym chować pod apaszką. A zagoiło się. Włosy też po tylu naświetlaniach mogły się nie wybić, a są i to jakie bujne. Mogłam stracić głos, a trajkotam non stop. Oj dużo by tu wymieniać powikłań jakie mogłam mieć. Grzebiąc ostatnio w wielkim segregatorze z moim medycznym życiorysem, dorwałam kartkę z wypisanymi skutkami jakie może przynieść terapia. Moja mama musiała podpisać to, żeby mnie zaczęli leczyć. Aż mnie głowa rozbolała jak to przeczytałam, ryzykowne to wszystko było,ale się udało. Idę dalej, i choć mam słabe dni i chwile zwątpienia-nie daję się.


Proszę o trzymanie kciuków za Majeczkę- http://ksiezniczka-maja.blogspot.com/   Znam tą dziewczynkę, leżałyśmy razem na oddziale. To dzielne dzieciątko, wierzę że się uda.
Pomoc dla Marzeny http://marzenaerm.blogspot.com/  i Madzi http://wojownicza.blogspot.com/  też jak najbardziej potrzebna. :) Pomaganie jest fajne!
I oczywiście wspieramy moją imienniczkę, dzielną kobitę, która ma stresik przed maturą-  http://maryska-to-ja.blogspot.com/  :)

Pozdrawiam wiosennie:)






piątek, 12 kwietnia 2013

Internetowe Love...

Internet to je taka rzecz, o której są różne opinie. Dla jednych to codzienność, dla innych samo zło.
Ja chyba się zaliczam do tych pierwszych. To narzędzie daje tyle możliwości:  Można sobie e-booka przeglądnąć, notatki ściągnąć, zerżnąć żywcem jakąś pracę pisemną, pograć sobie, oszukać, muzyczki posłuchać, film obejrzeć, poszukać rad, marnować czas, poczytać, pośmiać się, pisać bloga, poznać mnóstwo ciekawych ludzi-takich jak WY.
A no i tak to się rozpoczyna się Moje Internetowe Love. Przez internet, przez mało ambitny portal ( cóż mnie podkusiło, żeby się tam zalogować ;]). Ale warto było. Choć jakoś nigdy nie przeleciała mi przez głowę myśl, że będę miała chłopaka poznanego przez internet. A mam. I to takiego kochanego. I na dodatek przystojnego :)
Nigdy bym nie pomyślała, że luźne internetowego  rozmowy o muzyce, filmach itp, doprowadzą do tego, że się odważę na spotkanie, a później na wiele kolejnych. I że po jakimś czasie będzie tak jak jest teraz- świetnie.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

wiosna?

U mnie w końcu widać ślady wiosny. Słonko dziś przyjemnie świeciło w pyszczek, a i samopoczucie przez to lepsze. Jednak mam niedosyt i chcę więcej i więcej ciepła.
Oglądałam zdjęcia ze szpitala. Paskudny chudzielec był ze mnie, już nigdy nie chcę być taka chuda jak wtedy, gdy ważyłam niespełna 40 kg. Teraz obrosłam tłuszczykiem, oczy nie są już tak zmęczone, włosy sięgają za ramiona, szyjka zagojona. Nie ta sama chudzinka z chustką na głowie, zapadniętymi policzkami, popaloną szyją, i niepewnością o każdy kolejny dzień. Sporo czasu minęło, dużo się zmieniło, wiele zrozumiałam, i jeszcze więcej osiągnęłam-życie. I niesamowitą satysfakcję, że wygrałam ze śmiertelną chorobą, z rakiem. Ja- taka mała i bezbronna. Pokazałam, że jestem silna. Silna i zawzięta. Ta druga cecha jest u mnie bardzo wyrazista. Takie zawzięcie mam we krwi, a nasiliło się chyba jeszcze pływającą w niej chemią i innymi kroplówami. Jak ktoś mi podpadnie, to już koniec. . Szczególnie, gdy ktoś zrani mnie, lub moich bliskich. Wśród takich podmiotów osaczonych moją zawziętością na pierwszym miejscu stoi raczysko, oczywiście.

Swoją drogą...wczoraj wieczorem po przeglądnięciu szpitalnych zdjęć, po ogromie wspomnień w mojej głowie, weszłam na bloga Majki. Doznałam szoku. Myślałam, że to żart. Przykro mi, że tak postąpiła.

środa, 3 kwietnia 2013

gorzkie żale.

Tyle zamieszania i roboty przed świętami,a  te dwa dni minęły jak z bicza strzelił. Ja tych świąt nie czułam, jedynie odczuł je mój brzuch. Pogoda nam zafundowała niespodziankę, w lany poniedziałek można było rzucać się śnieżkami.
 W chwili obecnej u mnie pada śnieg z deszczem. Z utęsknieniem czekam na słoneczko i ciepełko. Chcę odwiesić do szafy gruby płaszcz, szalik schować na dno szuflady, chodzić na długie spacery, jeździć na rowerze i leżeć na zielonej trawce.
Nie wiem czy to za sprawą pogody, ale mam ostatnio niskie ciśnienie, boli mnie głowa i ogólnie jestem słaba.
Naprawdę mam taki spadek formy, że już mnie to zaczyna denerwować. Czasem już o 19-stej oczy mi się kleją, i walczę ze sobą żeby nie zasnąć, a nawet jeśli wcześniej położę się spać, to rano i tak nie mogę się dobudzić. Gdy przykładowo na uczelni jestem od 8. do 15, po powrocie leżę i przysypiam na kilka minut, budzę się, i tak w kółko. Nie wspomnę już o tym jak jestem tam od 8 do 18:30. Wtedy padam natychmiast. W dodatku mam niespokojny sen, są noce gdy budzę się co chwilę. A jeszcze problemy z żołądkiem-boli mnie często, mdli, i przerażająco "burczy'' w brzuchu, mimo że nie jestem głodna. Gardło jak zwykle pobolewa, zatoki znów mam zawalone ropą. Jak to się mówi "zawsze coś". Czemu nie mogę się czuć dobrze, żeby nie kręciło mi się w głowie, nie było słabo, nie leciała krew z nosa, nie męczył katar i ból gardła? Staram się udawać, że wszystko jest w porządku, że się czuję świetnie. Bo ileż można narzekać, że boli to, boli tamto.

Tydzień temu miałam pierwszy egzamin praktyczny z prawa jazdy, jestem taka zdolna że oczywiście oblałam i to za głupotę-dwa razy przekroczyłam dozwoloną prędkość...Tak się bałam, że nawet z placu nie wyjadę i obleję na łuku, a manewry zrobiłam elegancko. Tak jak widać-nic nie idzie po mojej myśli. Dziś mam dzień żalów. Wszystko mnie złości, irytuje, to sobie chociaż ponarzekałam. Czuję, że będę musiała znów sięgnąć po ibuprom, głowa nie przestaje mnie boleć od rana.
Ach...i ten śnieg za oknem...Dobrze, że chociaż w sercu gorąco...:)


sobota, 23 marca 2013

Endokrynolog, DCO, przeziębienie.

Endokrynolog zaliczony. Tarczyca nadal zanika, już mało co ją widać. Przyczyna oczywista-zbombardowanie naświetlaniami. Teraz biorę już Euthyrox N75. Za kilka miesięcy znów kontrola.
Wczoraj byłam w DCO. W końcu zobaczyłam się z Moją Kochaną Laryngolog. Uwielbiam ją. Co nie zmienia faktu, że ogólnie nie lubię DCO. Nie lubię tam jeździć i koniec. Zarejestrowałam się na rezonans, na 26.czerwca. Ostatnio miałam też w czerwcu. Dziwnie mi z tym, że kontrole są coraz rzadsze. Wiem, to dobrze. Ale przyzwyczaiłam się do takiego trybu, że zawsze "coś". A teraz rezonans raz w roku, kontrole u onkologa być może już co pół roku. Nie mogę uwierzyć, że w kwietniu miną już 4 lata od zdiagnozowania mnie. Kiedy to zleciało?

Gdzie jest wiosna? W kulki leci i nie przychodzi, jest zimno. A ja oczywiście załapałam przez to przeziębienie. Ogólnie od kilku dni czuję się fatalnie i jestem nieznośna. Boli mnie głowa, kicham, smarkam, kaszlę...ciągle mnie wszystko wokół denerwuje, wszystko mi przeszkadza.
Nie chcę już tak. Niech się zrobi ciepło, może mnie to jakoś zmobilizuje i postawi na nogi. 

poniedziałek, 11 marca 2013

Chcę wiosnę...

A już było tak ładnie. I co? i znów śnieg. Brrr...zmarzłam rano w drodze na uczelnię. A już naszykowałam letni płaszczyk i apaszkę...A zima nie odpuszcza.
Mogłoby już być w miarę ciepło. Lubię takie pierwsze wiosenne promyki słońca. I widok kwitnących kwiatków, i pąków na drzewach. Wszystko ładne i zielone. Aż chce się wyjść z domu.

Moje włosy są rudawo-kasztanowe. Niestety tymczasowo, bo kolor zmyje się po kilku myciach. Peruka zrobiła swoje-nadal ciągnie mnie do rudego.

W czwartek odwiedzam endokrynologa,  w końcu. Poprzednia wizyta się nie udała.
22 marca jadę na kontrolę do DCO.
27 marca mam egzamin z prawa jazdy. Więc trzymanie kciuków jak najbardziej wskazane:)

A żeby odpędzić myśli o zimie-kilka zdjęć w letnim klimacie





sobota, 2 marca 2013

Ja mam dwadzieścia lat, Ty masz dwadzieścia lat...

...cóż więcej nam potrzeba?:)
Nadszedł ten dzień, gdy kończy się bycie nastolatką. Już 20 lat się miotam po tym świecie. Wiem, że większość osób stwierdzi że to malutko, albo skomentuje to tak jak moja mama: "20 lat...chciałabym tyle mieć" :)
Dla mnie to dużo. I od czterech lat cieszę się co roku  jak dziecko w swoje urodziny. Z tego, że kolejny rok-zdrowy rok, udało mi się przetrwać. Gdy zachorowałam miałam 16 lat, dziś kończę 20. I kto by pomyślał, że tak się wszystko ułoży. Szczerze mówiąc, myślałam że po takiej chorobie będę wycofana, nie będę miała pasji i ambicji takich jak dawniej, że będę zmęczona wszystkim.
A daję radę. W tym czasie "nowego życia" skończyłam liceum, zdałam maturę, dostałam się na studia, zaliczyłam pierwszą sesję egzaminacyjną, robię prawo jazdy, mam masę znajomych, potrafię się nadal śmiać  i dobrze bawić, układam i pomalutku planuję dalsze życie...I kto mi powie, że rak to wyrok? Wstyd mi za to, że zanim zachorowałam to tak właśnie myślałam. Na własnej skórze przekonałam się, że tak nie jest. Trzeba walczyć. Zawsze. Gdy boli, gdy wszystko wydaje się bez sensu, gdy wszystko przeraża-Zawsze.
To walczenie do końca weszło mi w nawyk. Na sesji poprawkowej z przedmiotu, który oblało ponad pół roku, już miałam zrezygnować. Stres był taki, że nie mogłam się opanować. Ale pomyślałam, że przecież ja się nie poddaję, i jeśli z rakiem sobie poradziłam, to historia wychowania też jakoś pójdzie. I zdałam.

Przeszłam trochę przez tą 1/5 wieku.
Grzeczne dzieciństwo, gdy byłam słodką i kochaną dziewczynusią o blond włoskach. Wrażliwa, płaczliwa, nie sprawiająca problemów. Dobrze się uczyłam, potrafiłam się ładnie bawić. Trochę skryta w sobie. Nigdy nie powiedziałam mamie, że w podstawówce płakałam dlatego, że byłam najwyższa w klasie i nie chciałam być takim wielkoludkiem. Kłamałam, że płaczę bo boli mnie ząb. Pomagałam w zajmowaniu się Patrykiem jak był mały, pomagałam w domu, sąsiadom zawsze mówiłam "dzień dobry". Ładnie rysowałam, moje prace były wywieszane na tablicach w szkole. Myślę, że byłam na prawdę dobrym dzieckiem.
Czas dorastania był już mniej grzeczny, bo się Paulinka troszkę buntowała, pyskowała. Ale to dla każdego ciężki wiek. Nie sprawiałam jednak problemów, o nie. Byłam ułożona, po nocach nie chodziłam na imprezy, nie podpijałam, nie popalałam. W szkole byłam chwalona, zawsze miałam dobre stopnie. Trójka na świadectwie była dla mnie porażką.Rodzice mieli ze mnie pociechę, pomagałam im dużo.
Aż nadszedł czas, gdy to ja potrzebowałam pomocy. Raczysko, które zaatakowało nie wiadomo skąd. Czas ciągłej walki o każdy dzień, strachu, traumatycznych przeżyć. A także nowych wspaniałych znajomości, i docenienia tego co się ma.
Później powrót do normalności-bez kroplówek, wenflonów, naświetlań, chemii i szpitalnego łóżka. Liceum, studniówka, matura, studia i ta duma, że mimo wszystko udało mi się coś osiągnąć.
A dalej? dalej zamierzam nadal iść z podniesioną głową i się nie dać. Przeżywać kolejne i jeszcze następne dwadzieścia lat.



 Mała Pauliśka:)

sobota, 9 lutego 2013

Endoskopia na plus!

Czwartek mimo wielkiego strachu nie okazał się taki zły. Chociaż bałam się bardzo. Miałam aż problemy żołądkowe, być może z nerwów. Nerwus ze mnie straszny, nie potrafię usiedzieć spokojnie, muszę tupać nóżką, albo zająć się czymkolwiek. Szczególnie nasila się to, gdy przed badaniami siedzę w poczekalni.
Tym razem na endoskopię nie pojechałam sama, miałam wsparcie.
Pani Doktor-jak zwykle super podejście. Na luzie, delikatnie, z humorem. Po tym jak powiedziałam, że znów mnie męczy katar, Pani Doktor postanowiła zrobić mi wymaz na badanie mikrobiologiczne. Zaaplikowała mi gazik do ujścia zatok i siedziałam z nim pół godzinki. Później siuuur kamera w nos. I słowa tak wyczekiwane: " Jest dobrze. Nie. Jest super. Nosogardło jeszcze nie wyglądało tak dobrze jak dziś." Gdy to usłyszałam od razu było lżej, luz blues. Z zatok tylko nadal spływa wydzielina ropna i dlatego właśnie ten wymaz. Za tydzień wynik, i jeśli wyjdzie jakaś bakteria, to dostanę leki.
Ostatnio jestem osłabiona. Leci mi krew z nosa, kręci się w głowie, bierze na wymioty, nie mam apetytu. Jakieś przesilenie. Niedługo trzeba zarejestrować się  na kontrolę do DCO.
21.lutego mam wizytę u endokrynologa, trzeba zrobić TSH.
Osłabienie zaatakowało też moje włosy, wypadają mi bardzo. Znacie jakieś działające na to i sprawdzone odżywki? Nie lubię momentu, gdy podczas czesania na szczotce zostaje taki kłębek włosów. Wracają nieprzyjemne wspomnienia. Dlatego trzeba zaradzić temu.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Posesjowo, przedendoskopowo.

Jeszcze jeden stres się dobrze nie skończył, a już włada mną kolejny-czwartkowa endoskopia.
Życie porakowej studentki jest na maxa stresujące. Sesja, egzaminy, kolokwia...Tyle nauki, a i tak czeka mnie sesja poprawkowa- tak jak ponad połowę mojego roku. Byłam pewna, że zaliczę egzamin z wprowadzenia do pedagogiki. Test wielokrotnego wyboru, łatwiutki na pierwszy rzut oka, a tu taka niespodzianka, że jednak dwójeczka. I nie tylko ja przeżyłam takie rozczarowanie, szkoda gadać.
I jeszcze myśl o zbliżającej się endoskopii mnie gnębi. Boję się i wariuję za każdym razem, jak mam jechac na to badanie i nic na to nie zaradzę. Żeby nie było mi za mało "atrakcji" dopadło mnie przeziębienie-kaszel, katar i inne tego typu przyjemności. Wszystko przeciwko mnie.
Idę wypić fervex. Łóżko, kocyk, dobra muzyka. To chyba idealna dla mnie propozycja na wieczór.


sobota, 26 stycznia 2013

Sen.

Kilka dni temu śnił mi się Adaś. Objęłam go za szyję, on mnie podniósł i wirowaliśmy wokół, padał śnieg. Byliśmy roześmiani. Tak się cieszę, że Adaś mi się często śni, to są zawsze piękne sny. Widzę go wtedy tak wyraźnie. Rano jak się obudziłam cały dzień byłam taka nieobecna. Nie lubię tego uczucia, gdy się budzę i zdaję sobie sprawę, że tak nie jest naprawdę, że to sen.
Niesamowite, jak można się przyzwyczaić do kogoś w tak krótkim czasie, w jakim ja tak zżyłam się  z Adasiem. Brakuje mi jego uśmiechu, brązowych oczu, rozśmieszania i tego jak mówił do mnie "Panna Mhy".
Ciekawa jestem czy do tej pory bylibyśmy takimi dobrymi kumplami, czy nadal byśmy się tak dobrze dogadywali, oglądali kilka razy "Uwierz w ducha", i słuchali non stop Myslovitz.
Jedno jest pewne- ta znajomość na długo wryła się w moją pamięć.

Zima, zasypało trochę, śnieg skrzypi pod butami. Zdecydowanie wolę słonko.


czwartek, 17 stycznia 2013

Chomiczek.

Brakuje mi tylko takiego kołowrotka w którym biegają chomiki. Chociaż bym trochę kalorii spaliła...Wyglądam jak chomik. Lewy policzek mam tak opuchnięty. Od zęba oczywiście. Byłam u dentystki, rozwierciła, ale nic więcej się nie da. Albo leczenie kanałowe, albo rwanie dolnej piątki i szóstki. I jak tu żyć spokojnie...jak ciągle coś się mnie czepia. Boli mnie w dodatku, szałwia i dentosept poszły w ruch, płuczę ryjek co chwilę.
W dodatku antybiotyk, który dostałam na zatoki jest bardzo mocny, bo pomimo że biorę tabletki osłonowe, tak boli mnie brzuch po nim. Na szczęście dziś wzięłam ostatnią dawkę. Dziś rano miałam ochotę usiąść i ryczeć jak dziecko. Nie dość, że ta opuchlizna, ten ból to jeszcze krew z nosa.

A na koniec coś pozytywnego. Kolokwium z ćwiczeń z psychologii zaliczyłam na 5 :)!

sobota, 12 stycznia 2013

Endoskopia za mną...

Oj, to był ciężki tydzień. Tak się bałam. Po ostatnich obfitych krwawieniach z nosa miałam czarne myśli, i jechałam na tą endoskopię jak na wyrok. Nie mogłam się na niczym skupić, ciągle myślałam czy wszystko będzie dobrze. Brzuch mnie aż bolał z nerwów, o głowie już nie wspomnę. Jak w czwartek jechałam pociągiem do Wrocławia, za wszelką cenę starałam się nie myśleć o badaniu. Założyłam słuchawki, muzyka na full, i myślałam o pierdołach. O kompletnie nieistotnych rzeczach. O tym, że jak jeździłam busem do liceum to kierowca miał seksowny radiowy głos, że zjadłabym truskawki, że wielki hit "ona tańczy dla mnie" nie jest wcale taki fajny, że może by się przefarbować na rudo...O wszystkim, tylko nie o tym że za kilkadziesiąt minut będę siedziała jak na szpilkach z kamerą w nosie. W pociągu udało mi się być w miarę spokojną, ale jak dojechałam tramwajem na przystanek, z którego zawsze idę do Medicusa, zamyśliłam się i aż drogi pomyliłam. Cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Gdy już siedziałam na poczekalni, myślałam że oszaleje. Naprzemienne uderzenia zimna i gorąca, w głowie mi się kręciło. I ten ścisk w brzuchu. Pani Doktor rozluźniła atmosferę, pytając czy się za nią stęskniłam przez te pół roku. Odpowiedziałam, że za nią owszem, za endoskopem wcale. :) I wszystko poszło szybko. Psik psik znieczulenie, i jedziemy. Oczy zamknęłam jak zawsze, żeby nie oglądać tego. Jak usłyszałam, że nosogardło wygląda lepiej niż ostatnio, poczułam taką ulgę, jakby ktoś zdjął ze mnie jakiś ciężar. Nie miałam tam tyle ropy co zazwyczaj, nie trzeba było nic odsysać ani inhalować. Za to z zatok spływa mi ogromna ilość ropy. A to dlatego, że mam zapalenie zatok. Dostałam leki, za miesiąc powtórka z rozrywki-kolejna endoskopia.
Ważne, że cech wznowy nie widać. Oby tak dalej.

niedziela, 6 stycznia 2013

Przed kolokwium, przed endoskopią...

Wciąż odganiam złe myśli, ale myślę że odejdą dopiero jak w czwartek dostanę kartkę papieru z kadrami z wnętrza mojego brzydkiego gardła i opisem: Brak cech wznowy. Boję się jak zwykle. Na samą myśl ściska mnie w brzuchu. W dodatku dziś rano obudziłam się przez to, że zaczęła mi lecieć krew z nosa. To nie nastraja pozytywnie, oj nie. Do tego  mam katar ropny i zatkane zatoki , więc raczej bez odsysania i inhalowania się nie obejdzie.Dobrze, że przynajmniej Pani Doktor,  która robi mi badanie jest sympatyczna, ostrożna, stara się żeby mnie jak najmniej wymęczyć. Oby wyszło wszystko dobrze, nic więcej nie chcę.
Jeśli coś okaże się nie tak jak być powinno, będzie źle. Jadę sama i nie będzie miał mnie kto pozbierać, gdybym rozpadła się na kawałki. Trzymajcie kciuki w czwartek między 14 a 15!
We wtorek mam kolokwium z wprowadzenia do pedagogiki...opornie mi idzie nauka. Nie mogę się skupić, bo ciągle moje myśli krążą wokół innych spraw.

Oby do czwartku, oby nie zwariować, oby po czwartku było lepiej, nie gorzej.

środa, 2 stycznia 2013

2013.

Witam w nowym roku. Niestety, mimo że obiecywałam sobie mniej marudzić i narzekać, to rok jest nowy, a problemy stare. Już dawno nie byłam tak rozżalona jak wczoraj wieczorem. Wydawało mi się, że w pewnym sensie pogodziłam się z faktem, że zachorowałam, ale to było tylko złudzenie. Wczoraj wrócił wielki żal, smutek i pytanie "dlaczego to mnie spotkało?". Zdałam sobie sprawę z tego, że ciągle drzemie we mnie blokujący strach. Boję się wybiegać z planami w dalszą przyszłość, bo włącza się kontrolna lampka, że nie wiadomo czy TO nie wróci. Przed chorobą lubiłam planować swoje życie, teraz po prostu się boję. Już raz  moje plany zostały brutalnie zniszczone. Gdy  jestem naprawdę szczęśliwa, w środku odzywa się niepokój, że jeżeli TO wróci teraz, będę cierpiała podwójnie bo przecież jest tak dobrze. Wiem, to może się wydawać bez sensu. Ale tak mam. Staram się być silna, odganiać złe myśli, cieszyć się tym co jest. Niestety to wraca, choćbym nie wiadomo jak daleko wyrzuciła te myśli, one wracają.
Całą radość z tego, że się udało przytłacza strach. Tym bardziej, że dowiedziałam się, że muszę kontrolować się przez całe życie. Większość osób, z którymi poznałam się  w klinice po pięciu latach zakończenia leczenia, jest uznana za wyleczonych. Ze mną prawdopodobnie tak nie będzie. Powinnam dziękować losowi, że po terapii zostało mi nie wiele powikłań, mogło ich być dużo więcej, i mogły być poważne. Cieszę się z tego niezmiernie, ale to co zostało i tak jest męczące i czasem mam dość. Ciągły katar, przytkane zatoki; okropna suchość w gardle, przez którą czasem chce mi się płakać, bo strasznie wtedy boli. Osłabienie, słabsza kondycja. Zachwiana pamięć krótkotrwała i koncentracja. I oczywiście mój koszmar-psujące się nieustannie zęby. Radioterapia je bardzo zniszczyła. Dwa musiałam wyrwać, a kilka jeszcze i tak zostało do rwania. Jednego zrobię, drugi się psuje i tak bez przerwy. Wiem, że tak czy siak, prędzej czy później jestem skazana na protezę, ale tak bardzo nie chcę. I tak w kółko mi to wszystko chodzi po głowie i mnie gnębi. Smutne to. Jestem taka młoda, za sobą tyle złego, przed sobą wielką niepewność.
Nic się nie poradzi, trzeba się nauczyć z tym żyć. Potrafię rozmawiać o chorobie, nie wstydzę się tego, ale nie potrafię do końca przezwyciężyć lęku przed tym, że powróci. Lęk ten nasilił się chyba po tym, jak miałam rzekome podejrzenie wznowy. Mam nadzieję, że będzie lepiej, że trochę wyluzuję. Oby, bo oszaleje!
Moje wczorajsze smutki podsyciła jeszcze myśl o zbliżającej się endoskopii. Wiadomo, im bliżej tym gorzej.
Mówią, że jaki pierwszy dzień roku, taki cały rok. Nie wierzę w takie przesądy, i mam nadzieję, że ten rok nie będzie taki jak wczorajszy dzień, że przejdę go z uśmiechem, a nie łzami w oczach.

Ponarzekane, pomarudzone. To może coś pozytywnego na koniec. Sylwestra spędziłam w miłym towarzystwie, było bardzo przyjemnie. Wskoczyłam w czerwoną sukienkę, i miałam tak dobry nastrój, że aż się dziwię, że tak szybko znikł i zastąpił go wczoraj smutek.
A Wy jak się bawiliście?